„Tego samego dnia dwaj z nich byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali. (…) Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: «Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił». Wszedł więc, aby zostać z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili nawzajem do siebie: «Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?» W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy.” (Łk 24, 13-16. 28-33)
Rozczarowani, zrezygnowani, plany rozsypały się, a marzenia prysnęły jak bańka. Czemu znowu wszystko spełzło na niczym? Czemu znowu się nie udało? Wielu ludzi zadawało sobie te pytania. W takich sytuacjach wzrok może stać się przyziemny – nie rozpoznaje Chrystusa, który jest tuż obok. I nie tylko wzrok – na uwięzi zdaje się być także i serce, które mimo, że słucha słowa Bożego, nie bije szybciej.
Poznali Go dopiero przy łamaniu chleba. Myśleli, że to będzie zwyczajny posiłek, jak co dzień, a tymczasem stało się coś nadzwyczajnego. Obecność Chrystusa przy stole diametralnie odmieniła wszystko. Uczniowie ze smutnych i rozczarowanych, w jednej chwili, stali się radośni i pełni nadziei. Jednak nie stało się to tak, że na skutek nowych faktów zdezaktualizowały się stare, albo że zostały unieważnione – uczniowie wiedzieli, że Jezus umarł, ale teraz zobaczyli, że – pomimo to – On żyje. Było to zupełnie niepojęte i dopiero, gdy otwarły się ich oczy, zrozumieli, co się wydarzyło. Teraz ich serca pałały na tyle mocno, że w tej samej godzinie, nocą, wybrali się z powrotem. Mrok nocy przestał już być problemem, a lęk przed zgubieniem drogi przestał budzić obawy. Ich droga nie była już męczącą wędrówką do oddalonego o 60 stadiów celu, ale stała się ochotnym i pełnym przejęcia niesieniem radosnej nowiny.
Czasem jednak, choć serce człowieka pała, to dziwna i zwodnicza doza racjonalności zdobywa przewagę: woli on zostać w Emaus na noc, a dopiero rano wybrać się w drogę. Lecz gdy pogrążony ciemnością nocy umysł zacznie rozsądzać fakty, to rano władze człowieka znów będą na uwięzi, a to, co się wydarzyło, zostanie potraktowane jak sen. I znowu powróci smutek i rozczarowanie, a człowiek będzie biadał, że radość i szczęście to sen i mrzonka.
Trzeba być uważnym, żeby nie pozwolić nocy, by uśpiła pałające serce, ani by zamknęła oczy, które zostały otwarte. Dlatego tak ważne jest, żeby wybrać się w tej samej godzinie!
⇒ Wesprzyj ⇐
2 komentarze
Boja
Niektórzy mówią: „prześpij się z problemem”, „nie działaj pochopnie, pod wpływem emocji”…
Kto ma rację?
Anna Wieluniecka
„W tej samej godzinie” – to, w tym wypadku, metafora. Sformułowanie to nie ma tu bezpośredniego odniesienia do czasu. Metafora ta odnosi się do takiej sytuacji, w której człowiek pod wpływem różnych trudnych okoliczności boi się zrobić to, do czego łaska pobudziła jego serce i rezygnuje z zaangażowania w sprawy Boże (traktuje je jak sen). Wtedy inne jego działania stają się jałowe, a człowiek ostatecznie staje się zniechęcony i rozczarowany. Wrócić „w tej samej godzinie” znaczy zadbać o to, by nie przespać swoich szans, by otrzymana łaska Boża nie okazała się w człowieku daremna.